Witam. Ten post to może i trochę wytłumaczenie nieobecności. Przede wszystkim jednak wyleję dziś żale. Oj rzadko to robię. Niestety nawarstwiło się i mam dość. Jeśli nie chcecie czytać jojczenia, tu powinniście przestać.
Zacznę od CHOLERA.
Bieganina styczniowa przeniosła się na nerwową atmosferę w domu. Małe ścięcia z Mężem, w końcu, skończyły się niezłą wymianą zdań i kilkudniowym, obustronnym fochem. W międzyczasie pracowałam ostro, popołudnia spędzałam z dziećmi na dodatkowych zajęciach, wieczory zajmowały mi obowiązki domowe a nocami pisałam pracę. Frustracja z braki wolnej chwili i zmęczenie przepełniły czarę kiedy okazało się, że dzieci zaczynają chorować. Jedno po drugim w odstępach dwudniowych, potem Mąż, Babcia, która przyjechała na "dzień Babci" do przedszkola, no i oczywiście ja. Otumaniona cudami" na grypę" latałam pomiędzy zasmarkanymi nosami i kaszlakami, niosą pomoc, herbatkę i lekarstwa. Tymczasem wszystko się nawarstwiło. Milion telefonów z pracy, projekty na studia w proszku, wiedzy na egzamin zero. Jutro wyjazd na dwudniową konferencję, w niedzielę egzaminy. Wszyscy nadal chorzy.
Chwilowo mam dość.
Niczego nie można odłożyć
Niczego nie można przesunąć
Choroba nie odpuszcza
Najczęściej piszę z uśmiechem
O cudnym czasie z dziećmi
Wspaniałych Świętach
Miłych wyjściach
Udanych Weekendach
radości
I tak jest bardzo często
Ale są dni , kiedy mam ochotę leżeć i nic nie robić, a na to nie mogę sobie pozwolić. Są dni kiedy potrzebuję pięciu minut dla siebie, a nawet w toalecie przebieram nogami, są dni kiedy mam ochotę krzyczeć i jestem ściekła na wszystkich, są dni taki jak ten, kiedy mam ochotę rzucać talerzami.
Szkoda, ze mi wszystkich szkoda.
Dziś bez zdjęć. Musiałaby wstawić cytrynę : /